Stawił się tak jak obiecał, w ciele szakala, gdy słońce już całkiem zaszło. Chmury zasłaniały gwiazdy, ale księżyc się przez nie przebijał.
- No i gdzie jesteś, Tahno... - warknął łażąc tu i z powrotem.
Offline
Lamparcica leżała na gałęzi drzewa.
Offline
Spojrzał na nią.
- Tak. W końcu to mój teren...
Co ona tu robi?!
Szelest trawy. Złotymi ślepiami dojrzał w świetle księżyca pysk likaona. Tahno przybierał postać całego czarnego likaona o dużych, zielonych ślepiach, co wyróżniało go w klanie.
- Myślałem, że stchórzysz - powiedział Tahno i zatrzymał się przed nim.
- Pomyślałem dokładnie o tym samym - warknął.
- Przyprowadziłeś koleżankę do obstawy? - pysk likaona wykrzywił szyderczy uśmiech.
Offline
Ziewnęła i przeciągnęła się na gałęzi.
Offline
- Katte... - mruknął Tahno.
- To co? Nadal chcesz walki? - obnażył kły.
- Nie chcę ci zrobić krzywdy przy świadkach - likaon przekręcił łeb na bok, a potem z powrotem. - Zwłaszcza przy dziewczynach. To stawia mnie w złym świetle.
- Czyli tchórzysz - warknął z uśmiechem.
Tahno znieruchomiał. Pokręcił tylko uszami, a potem znienacka rzucił się na niego, precyzyjnie łapiąc za kark i rzucając pod drzewo.
- Masz co chciałeś! - warknął Tahno. - Już nigdy więcej wódz nie będzie musiał sobą tobie zaprzątać głowy, szczeniaku.
Offline
Przyglądała się walce, nie zamierzała ingerować... Na razie...
Offline
Podniósł się z ziemi. Rana, którą opatrzyła Saphira, krwawiła.
- No dalej - powiedział zachęcająco Tahno. - Spójrz na to z tej strony: przyszedłem sam, bez moich ludzi. Czyli jednak możesz czuć się coś warty.
Nie będzie mnie tak ośmieszał. Tak, tylko że to prawda. Zamknij się!
Zaatakował.
Offline
Nie dawaj się prowokować tylko wyczekaj moment. Przejmujesz się nim? Znam go z dzieciństwa, ale on nie umie walczyć.
Offline
Zapomniał całkowicie o tym, że jest tu Saphira. A Tahno wcale nie żartował.
Po krótkiej chwili był wyczerpany. Miał kilka krwawiących ran po szczękach likaona. A Tahno jakby wcale sie nie zmęczył.
- Więc jak? - zapytał nie spuszczając z dyszącego szakala wzroku. - Mogę dać ci ostatnia szansę, ale... nie chcę cie nigdy więcej widzieć w osadzie.
Przyśpieszył oddech i zawarczał cicho, a potem rzucił się na Tahno.
- Żałosne - warknął likaon, gdy znowu złapał go za kark i rzucił brutalnie w drzewo.
Tym razem się nie podniósł...
- Próbujesz gryźć, chociaż nie masz kłów - powiedział pogardliwie Tahno i stanął przed nim. - Nie ma dla ciebie miejsca w naszym klanie. Nie nadajesz się. Co z tego, że twój ojciec był przywódcą. Tego już nikt nie pamięta. Odniósł wielką porażkę, ośmieszył nasz klan! - warknął mu do ucha z wściekłością.
- A ty jako mój najlepszy przyjaciel będziesz mi to wypominał... - zacisnął szczęki i spróbował wstać. Nie miał siły.
- Nie jesteś moim przyjacielem. I nigdy nie będziesz - zbiło go to całkowicie. Pewnie dobrze pamiętał stare czasy. Odwrócił się i powoli odszedł.
Offline